samochody spalinowe

Juliusz Szalek

16 lipca 2021

KE zabiła samochody spalinowe. Statki na mazut jej jednak nie przeszkadzają. | Opinia

To już pewne. Komisja Europejska zabiła samochody spalinowe. I to w tempie ekspresowym. Padła propozycja, by od 2035 roku zakazać rejestracji spalinowych aut. Mam wrażenie, że choć Komisja Europejska tego głośno nie mówi, chce drastycznie ograniczyć liczbę samochodów w ogóle, a ograniczenie emisji jest tylko narzędziem do osiągnięcia tego celu.

Komisja Europejska zaproponowała wreszcie wprowadzenie zakazu sprzedaży nowych samochodów z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi od 2035 roku. Propozycja znalazła się w szerokim pakiecie legislacyjnym na rzecz walki z globalnym ociepleniem. Wszystko, by zredukować emisję CO2 w transporcie o 55 proc. do 2030 roku i o 100 proc. do 2035 roku. De facto wyklucza to z rynku pojazdy napędzane paliwami kopalnymi na terenie Wspólnoty.

samochody spalinowe

Zakaz ma pomóc w przyspieszeniu przejścia na nieemisyjne pojazdy elektryczne, pytanie tylko, czy ktoś kogoś pytał o zdanie? W obliczu coraz częstszych katastrof klimatycznych sprawa wydaje się oczywista.

Elektryki są super

Nie jestem zatwardziałym petroheadem i dostrzegam potrzebę ograniczenia emisji szkodliwych cząstek spalin. Uwielbiam dźwięk silnika V8, ale z równie wielką przyjemnością wsiadam do każdego elektrycznego samochodu i wciskam gaz w podłogę. Zresztą nie trzeba mnie do nich szczególnie przekonywać i to mimo ciągle pojawiających się głosów, że elektryki są niebezpieczne, bo akumulatory, prąd z procesu spalania no i ślad węglowy. Obojętnie jakby nie liczyć, zawsze samochód elektryczny wyjdzie na plus.

Słowem, o zaletach samochodu elektrycznego mógłbym długo mówić. Nie mogę jednak wyjść z podziwu z jaką determinacją i pasją KE, a wraz z nią wiele organizacji pozarządowych, instytucji, naukowców i ekologów, uwzięło się na branżę moto i de facto wszystkich, którzy z samochodów korzystają.

Droga normy emisji spalin Euro1 do 6, a już niebawem 7, przeszła długą drogę. W ostatnich latach jednak znacznie przyspieszyła dzięki właśnie unijnym urzędnikom, którzy samochodom i ich producentom ostro przykręcili śrubę. Robili to z resztą umiejętnie i stopniowa, wciągając z dziecinną łatwością w tę grę wszystkich zainteresowanych.

Dali się wciągnąć jak dzieci

Dały się w nią wmanewrować największe koncerny motoryzacyjne i my kierowcy. Można się zastanawiać dlaczego. Afera Dieselgate była tutaj kluczowa, ale odkrycie, że nie tylko dwutlenek węgla jest groźny, ale także tlenki azotu i cząstki stałe, odtworzyły worek o nazwie emisja. Zaledwie dwóch szefów największych producentów w branży motor zwróciło ostatnio uwagę, że tempo zmian, to nie wymysł branży, a regulatora.

Prezes koncernu Stellantis, Carlos Tavares, powiedział wprost — samochody elektryczne są droższe, więc mniej ludzi będzie na nie stać. W dodatku do ich produkcji nie jest potrzebna ekspercka wiedza na temat budowy silników, zatem część osób pracujących w branży stracić z pewnością pracę.

Podczas konferencji Financial Times Future Tavares podkreślił, że przestawienie całej branży na elektryfikację nie jest korzystne. Naukowa decyzja o jej wyborze nie została podjęta jednak przez przemysł motoryzacyjny tylko regulatora. A to prowadzi nas do prostej konkluzji, skoro samochody elektryczne są droższe i będą jeszcze przez dłuższy czas, stać na nie będzie wyłącznie bogatych. Na drogach zostaną więc starsze auta o wysokim poziomie emisji. I to wszystko za sprawą urzędniczej decyzji, a nie firm motoryzacyjnych, które „musiały się tylko dostosować”.

Zabawa dla bogatych

Wtóruje mu Luca de Meo, prezes koncernu Seat, który już kilka lat temu powiedział, że elektryczną rewolucję napędzą najbogatsi, a nie młodzi czy ekolodzy. – Politycy przyzwyczaili się, że to koncerny są od spełniania wszystkich, coraz bardziej szalonych wymogów, więc wymyślają nowe, jeszcze bardziej szalone – mówił de Meo o pomyśle ograniczenie emisji z 115 g/km do 95 gr/h.

I co? I koncerny spełniły ten wymóg. Kto za to zapłacić. Pan, Pani, ja. Bo ceny samochodów, ceny technologii, które umożliwiają spełnienie tych wymogów, kosztują. A wśród producentów samochodów jakoś trudno znaleźć mi filantropów.

W wielu krajach nie chcą już samochodów spalinowych. Lawina ruszyła. Samochody spalinowe są be i kropka. Odnoszę wrażenie, że z dużą ulgą znaleziono wspólnego wroga. Motoryzację, która zdaniem wielu odpowiedzialna jest za wszelkie zło na ziemi, ocieplenie klimatu, burze i nawet trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz, jak mówił klasyk.

Europa jak Kuba

Tak się jednak dziwnie składa, że ci, którzy lobbują za szybkim zakazem ich rejestracji, nie uczestniczą w wielkim torcie o nazwie przemysł motoryzacyjny. A chcą tego najbardziej i najszybciej Dania, Norwegia, Holandia i Belgia.

Jeśli uznać prognozę Tavaersa za słuszną można odnieść wrażenie, że Unia Europejska niedługo może przypominać Kubę. Z jedną różnicą. Tam stare samochody spalinowy były w cenie, bo na nowe było embargo, kubański rząd jednak nie starał się nakładać na istniejące auta kolejnych ograniczeń. W UE jest jasne, że wcześniej czy później pałka się znajdzie. W zasadzie już się znalazła. To dyrektywa dotycząca opodatkowania wyrobów energetycznych, która może od 2023 roku drastycznie podnieść ceny benzyny i węgla. Jak wyliczyła „Rzeczpospolita”, jeśli polski rząd nie znajdzie sposobu na łagodzenie skutków tej podwyżki, głównie chodzi o akcyzę, litr paliwa może kosztować nawet 8 zł.

1 statek = 50 mln samochodów

Na koniec chyba najważniejsze. Jak twierdzi brukselski think-tank Transport&Environment (T&E), samochody spalinowe odpowiadają za 12 proc. całej emisji gazów cieplarnianych w Europie. Życzyłbym sobie, aby z równie dużą determinacją i zaciętością, być może nawet symetryzmem, Komisja Europejska wzięła się za inne gałęzie gospodarki: przemysł, rolnictwo, ale także transport, szczególnie lotniczy i morski.

samochody spalinowe
Jeden kontenerowiec w ciągu roku wytwarza tyle trujących związków, ile 50 milionów samochodów

Dlaczego? Bo jak się okazuje, największymi trucicielami na świecie nie są samochody spalinowew, a kontenerowce i branża lotnicza. Jak pisze brytyjski „The Guardian”, tylko jeden duży kontenerowiec wytwarza tyle trujących związków w ciągu roku, ile 50 milionów samochodów. Paliwo statków, czyli mazut, produkt uboczny rafinacji ropy, zawiera 2 tysiące razy więcej siarki niż olej napędowy wlewany do baków samochodów. Zdaniem specjalistów transport morski odpowiada za 18 do 30 procent światowego zanieczyszczenia tlenkami azotu i stoi za 9 procentami zanieczyszczenia tlenkami siarki.

Z kolei jeden Boeing 747 w ciągu 24h lotu emituje tyle CO2, ile 250 aut przez rok. Specjaliści zauważają także, że spaliny wypuszczane do atmosfery na dużej wysokości są dodatkowo znacznie groźniejsze dla klimatu, niż te, pozostawiona tutaj na ziemi.

Winni jesteśmy sobie sami

Moglibyśmy się przerzucać kto jest bardziej winny, kto w większym stopniu odpowiada za katastrofę klimatyczną, na progu której stoimy. Nie ma to znaczenia, bo dotyczy ona wszystkich nas – ludzi. Dlaczego jednak unijni urzędnicy i ekolodzy nie zajmą się tropieniem szkodliwych emisji w innych gałęziach gospodarek? Bo samolotem wygodnie polatać, a kontenerowiec kopci z dala o ich oczu? Tego nie wiem.

Nie twierdzę, że samochody spalinowe nie mają negatywnego wpływu na środowisko. Jednak uważam, że na zmiany klimatyczne wpływ ma znacznie więcej dziedzin gospodarki niż sama motoryzacja. Warto to zauważyć opowiadając o emisji, zagrożeniach związanych ze szkodliwymi cząstkami i wygodnym życiu.